Miało być o górach, czyli zaczniemy o rzekach. Wiecie, kim jest czowiek po drugiej stronie rzeki? To Marsjanin. Być może jeszcze Polak, być może przedstawiciel zupełnie innej nacji, w każdym bądź razie człowiek od nas niezwykle odległy. Jeśli np. mieszkaniec ulicy plażowej w Józefowie nad Wisłą zakocha się w dziewczynie ze wsi Ciszyca Przewozowa odległej od niego o zaledwie 856 m, to tak de facto ma do niej 27,5 km w jedną stronę. Bo na dużych rzekach to mosty w miarę gęsto mogą sobie być w Warszawie, ale w rzeczywistości żadne państwo na świecie nie może sobie pozwolić na stawianie mostów co parę kilometrów, więc najczęściej odległości są znaczne.
Na większych rzekach jest jeszcze ciekawiej. Dunaj w Rumunii ma 1075 km i w całej Rumunii jest zaledwie 5 mostów na Dunaju, wypada jeden na 200 km. O jeden most tam jeszcze można się spierać, ale on już pełni funkcję zabytkową, to nie jest most dla TIRów. Zatem przeszkody geograficzne nawet w dzisiejszych czasach mogą nas dzielić, a w czasach historycznych to już na pewno.
Nie inaczej jest z górami. Ludzie po drugiej stronie gór, nawet jeśli rodacy, to już na pewno z innego regionu. Nie da się ukryć, ani zanegować skutków istnienia przeszkód geograficznych, a podziały administracyjne na 90 % na pewno idą wzdłuż granic naturalnych. Co prawda w całych Karpatach, od Rumunii aż po Ustroń wszyscy ich mieszkańcy to praktycznie rzecz biorąc ci sami Wołosi z tej samej kultury pasterskiej, ale oni jednocześnie posiedli 100 % umiejętność wtapiania się w kultury rodzime danych krajów, więc wracamy do tezy zasadniczej - szanse na to, że za przełęczą będzie inny świat są bardzo wysokie.
Młody człowiek biega po wierchach. Ogólnie wszyscy turyści, jeśli mają się przejść po górach, to na pewno wybierają trasę biegnącą po grani. Tak łatwiej i przyjemniej. Raz się wejdzie, potem w miarę równo, a szansa na widoczki po lewej i prawej - bardzo duża. Na dodatek próba zorganizowania trasy w poprzek powszechnie przyjętych zwyczajów, czyli właśnie przez przełęcze gwarantuje spory wysiłek logistyczny. (Oczywiście przez przełęcze, ale na drugą stronę pasma górskiego, a nie dalej, wzdłuż grani).
Takie trasy (w poprzek gór) może wymyślać tylko człowiek, który już przeszedł wszystko. Ale zabawa przy tym przednia: odkrywamy historię. Wracamy do czasów, kiedy silniki spalinowe, a wcześniej parowe nie wciągały nas pod górę. Zaczynamy rozumieć, dlaczego ludzie podróżowali tędy, a nie tędy. Idiotów, którzy biegali po górach dla rozrywki, czy też z nudów w dawnych czasach nie było. A jeśli już ktoś musiał te góry pokonać, to przecież nie po wierchach, szukał najlżejszej drogi dla konia, jeśli go oczywiście miał.
Weźmy na początek taką swojską Karkoszczonkę. No do Szczyrku dojedziemy łatwo z Bielska. Ale przecinając pasmo górskie w poprzek wylądujemy w Brennej, skąd nie ma innego wyjścia, jak tylko podwieźć się autobusem do Skoczowa i tam łapać pociągi z Wisły, więc dłubanina w rozkładach jazdy jest. Widok z Karkoszczonki poniżej.

No to weźmy na tapetę Przełęcz Klekociny. Z jednej strony Wojewódzwo Śląskie 4,7 mln ludności, z drugiej Małopolskie 3,4 mln obywateli. Co prawda Polska, góry niby te same, ale granice historyczne i kulturowe spore. Dla obu regionów Przełęcz Klekociny raczej koniec świata.
Autor zdecydował się na dojazd do Suchej Beskidzkiej koleją na trasie Katowice Kraków Stryszów, żeby obejrzeć Jezioro Mucharskie do strony kolei, czyli pół dnia z głowy. (Tory Żywiec Sucha w remoncie). Pomimo lęku przed zagadywaniem zapatrzonych w komórki obcych autor z nudów nawiązał ładnych kilka kontaktów po drodze, bo niestety same widok nie wystarczyły. Za zaszczyt autor poczytuje sobie rozpoznanie po bezwiednych ruchach dłoni, że pasażerka na przeciw uczy się na poważnie gry na perkusji, co oczywiście dało pretekst do zasugerowania znacznie przecież młodszej osobie kierunku studiów pt. "tango wiecznie żywe".
Sucha Beskidzka zgodnie z planem podróży rozczarowała, ale taki był plan. Gdyby plan przewidywał postój w karczmie, to zapewne opinia byłaby inna, ale tu chodzi o to, że trzeba było poczekać na przystanku na busa. A w dzisiejszych czasach we wszystkich górskich miejscowościach są te przeklęte samochody. Ta zaraza samochodziacza opanowała nasze ziemie, jak covid, tylko trwale, a góry mają to do siebie, że innej drogi nie ma i nie będzie. Dawny, przyprószony siwizną miłośnik gór może odnajdzie te góry, ale tylko w rejonach położonych w sposób na tyle dziwaczny, że zwykłą osobówką się nie dojedzie, co jeszcze nie znaczy, że ci nie zatrąbi za plecami terenówka. Kłopot spory, bo przecież do szlaku kwalifikowanego jakoś trzeba dotrzeć, chodnik za wsią się kończy, pobocza nie ma. Niektórzy organizują trasy z pozostawieniem własnego samochodu, a więc trasy typu kółko, ale tu plan jasno przewidywał przejście przełęczą na drugą stronę gór.
Ale wreszcie Zawoja. Od razu radość, bo zaszedłem do spożywczego i były serki z Sertopu. W Tychach np. serów z Sertopu nie dostaniesz, widać nie dali w łapę popularnym sieciom handlowym, więc choćbyś chciał dać zarobić komuś ze swojego regionu, to w Biedronkach i Kaufach jesteś skazany na "równie swojskie" Hochlandy natürlich. Samotny wieczór w hotelu może nie byłby jeszcze najgorszy, ale w pewnym momencie sąsiad z rozmowy na temat kajakarstwa przeskoczył na tematykę z cyklu "nie lubię ruskich". No dla żartów palnąłem: ale chyba chodzi o to, że nie lubi pan władzy u ruskich, a nie, że nie lubi pan ludzi, i tu dopiero opadła kopara. Bo interlokutor z przejęciem powiedział, że właśnie nie, władza jest, jaka jest, a on nienawidzi ludzi, bo oni są, i tu się zaczęła wyliczanka, jacy oni są, ci źli zwykli ludzie. Szczerze mówiąc, nie jesteśmy w stanie powtórzyć, dlaczego, ponieważ się klapki w uszach zamknęły. Autor z racji doświadczenia zawodowego potrafi słuchać z uwagą w warunkach sporego stresu, ale tu się nie dało, ponieważ mózg pracował nad przetworzeniem informacji, jak można ziać nienawiścią do zwykłych mieszkańców zwykłych blokowisk, zwykłych ludzi wiążących z trudem koniec z końcem i najczęściej nie mających nawet pojęcia gdzie ta cała Polska jest.
To ostatnie to wcale nie przenośnia. Swego czasu w Nowosybirsku do autora podeszła w samolocie Rosjanka, z pytaniem, że ona bardzo przeprasza, ale ona umiera z ciekawości, bo nie umie załapać w jakim języku my z kolegami rozmawiamy. A gdy się dowiedziała, że my z Polszy, to się odwróciła do swojej sąsiadki i powiedziała jej triumfująco: "a wdzisz, mówiłam ci, że to będzie jakiś język z jakiegoś kraju z pribałtijska, po prostu to było poznać, bo taki szeleszczący".

Ale wreszcie na szlaku. Po wielu godzinach dojazdu - kilka godzin w górach na asfalcie o mniejszym natężeniu ruchu, i na koniec trochę drogi gruntowej. Trochę radości, bo marsz doliną ku przełęczy zawsze intryguje, bo zawężający się widok doliny pobudza nieustannie do pytania, "czy za tym zakrętem to już, czy trzeba będzie jeszcze dalej?", ale to tyle z radości. Przełęcz Klekociny to ogromne rozczarowanie. Postępująca zabudowa, uniemożliwiająca nacieszenie się widokiem. Pełna turystyczna porażka i klęska projektu.

Nieco więcej radości daje zejście do Koszarawy, dróżka odzyskuje górski charakter, a przydrożna kapliczka od razu każe coś tam sobie zanucić na temat skrzypiec wędrownego grajka, a nawet otworzyć jeszcze posiadające zęby wargi (kiedy ostatni raz śpiewaliście Kasprowicza dla samego siebie...)
"Wysokogórska" euforia oczywiście szybko minęła wraz z powrotem nieco większej ilości tlenu, a problemem okazał się brak spalin. Człek nie ułomek i parę programów komputerowych w życiu napisał, a nawet z grubsza wie, jak to działa, ale jednak znalezienie w Polsce rozkładu jazdy szybko podającego aktualne autobusy graniczy z cudem. Czegoś takiego, jak zintegrowana strona informacyjna łącząca wszystkie rozkłady pociągów i autobusów (jak w Czechach) u nas na pewno nie uświadczysz. Graniczyłoby też z cudem rozszyfrowanie wyblakłych rozkładów jazdy busów na Żywiecczyźnie, co zresztą lokalsi mi potwierdzili. O tym, kiedy ma jechać jakiś busik nie dowiadujemy się z rozkładów, tylko od tych, co tam żyją i wiedzą.
No więc nie trafiłem w busy. Wyszła kolejna, kilku godzinna dziura w podróży. Rozwiązanie było oczywiste - poleżeć nad Koszarawą rzeczką. Oczywiście w tym celu trzeba się do niej przebić przez góralską zabudowę, minąć smród gnijącej trawy (tak, tak, od frontu prywatna własność jest w Polsce zadbana i krasnalkowo wymuskana, na zapleczu trawa z równiutko skoszonego trawnika odnajduje się nie w formie pachnącego sianka, tylko zgnilizny wyrzuconej przez płot do rzeki. Ale ominąwszy smród i badziewie udało się zakotwiczyć na kilku kamieniach, zamoczyć nogi w zimnej wodzie i szczerze mówiąc te trzy godziny przesiedziane przy szemrzącej wodzie okazały się najciekawczą częścią wiekopomnej wyprawy z krainy Centusiów do Śląska przez przełęcz Klekociny.
W nagrodę za cierpliwie czytanie wynurzeń autora dotyczących banalnych wycieczek polskich teraz zaprezentujemy opis przejścia przez Siodlo pod Lemeszną (Sedlo pod Lemešnou, 800 m n.p.m.). Plan takiej wyprawy obejmuje dojazd pociągiem mniej więcej do połowy wysokości Czech, potem w lewo do granicy ze Słowacją, przejście w poprzek przez góry i powrót kolejami słowackimi.
Teoretycznie plan pod tytułem "dojazd pociągiem w Czechach gdziekolwiek" nie powinien budzić zastrzeżeń, bo pociągi w Czechach jeżdżą wszędzie, z tym, że jednak nawet oni muszą czasem wyremontować tory, więc plan się posr... i udało się dojechać zaledwie do Vsetina. A Vsetin to bardzo ładne miasteczko, z tym, że z kompletnie spieprzonym rejonem starówki. Nie che się autorowi sprawdzać, kto i kiedy tego dokonał, ogólnie wygląda to na pewno robotę socjalistyczną. Typowy, urokliwy charakter każdego miasteczka dawnych CK Austro Węgier od Galicji po Chorwację można odnaleźć wszędzie na byłych terenach CK, oprócz oczywiście centrum Vsetina.
Odnajdźmy jednak radość w najgorszych nawet chwilach - szpetne hotele w kształcie wieżowców oferują zwykle jakiś tam średni standard, ale oferują. W Polsce autor bez wahania wybiera hotele np. Gromady, bo zewnętrzna szpetota wieżowców to mały problem, jeśli w środku jest przyzwoicie. We Vsetinie obszar bezpośrednio przyległy do hotelo-wieżowca również jest szpetny, ale trzymajmy sie wersji radosnej - z okien wieżowca mamy widok na miasteczko w górach, własnej brzydoty nie oglądamy.
Spóźniona pora przybycia odebrała autorowi szansę na ciepły posiłek - wszystkie hospódki oferowały już tylko piwsko bez obiadu. W akcie desperacji wygłodniały człowiek zdecydował się na krok wręcz niewyobrażalny, na wejście do kebaba. Czechofil nastawiony na czeskie przysmaki wkraczający do kebaba - przecież to jak przystąpienie aktywisty klimatycznego do Konfederacji Korony Polskiej, a jednak... A jednak, proszę państwa, w tym kraju, w tym mieście właściciel kebaba miał ofertę łączącą cechy kebaba i kuchni regionalnej. Ostateczny efekt przekroczył wszelkie oczekiwania. Było to mięso z kebaba, ale zawinięte w placek ziemniaczany. Znacznie smaczniejsze, niż placek po węgiersku, niby utrzymane w konwencji kebaba, a przecież mogłoby być podane w każdej stylowej karczmie we wszystkich krajach akceptujących potrawy ziemniaczane.

Rano, 7:40 próba dojścia na perony dostarcza fantastycznych wrażeń socjologicznych. Tunele dość wąskie na stacji były, zmiotły autora trzy fale licealistów. Trzy pociągi pełne młodzieży się rozładowały. Ale wreszcie jedziemy. Do Velkych Karlovic przez Karolinkę.
Stacyjki ładnie utrzymane. I... znowu dzieci, tym razem przedszkolaki. Czy jechały na wycieczkę, czy do przedszkola, czy na basen - nie dojdziesz. Pewne jest to, że kolejny tłum dzieci w pociągu, w wieku zupełnie innym, niż poprzednie trzy fale, i niezależnie od tego, gdzie te dzieci jechały pewne jest to, że nie jechały gimbusem smrodzącym na krętych, górskich drogach. Mając sprawną kolej tutaj samorządy nie musiały się martwić o samorządowe obowiązki narzucone przez państwo, które się tych obowiązków wyrzekło.
Ludzie... ile w tym regionie jest dzieci. A dzieci są zawsze dowodem, że matki oceniły warunki w regionie, jako dobre dla procesów reprodukcyjnych. Ta niepoprawna, całkowicie darwinistyczna ocena jednak ma sens. Musimy pamiętać, że taka Karolinka dla mądrali z Praskiego "capitolu" to koniec świata. Czesi po pijaku mają nawet dość wredny dla Karolinki dowcip, że niby współczesny mieszkaniec Karolinki zapytany o aktualnego Prezydenta Czech reaguje na błędną odpowiedź niedowierzaniem jak to, to już nie Husak? (lider komunistyczny 1969-1989).
Jednak patrząc na kulturę podróży pociągiem i kulturę utrzymania stacyjek w tym regionie coś nam się wydaje, że to ta Karolinka jest bliżej Europy, niźli np. Katowice Piotrowice, czyli stacja w stolicy 4 mln regionu, na której to stacji pasażer o przeciętnie normalnej sprawności fizycznej, nie da rady wysiąść z pociągu bez poziomu uwagi właściwego tatrzańskim wspinaczkom.

Koniec siedzenia. Gdzieś tam, na końcu tej drogi jest wytęskniona przełęcz. A po drodze uprzejmy traktorzysta usiłował podwieźć. Okazuje się, że są jeszcze na świecie regiony tak dzikie, że chłopisko chciało zaregować jak najbardziej uprzejmie w stosunku do samotnej osoby maszerującej przez góry i podwieźć. Dla takich ludzi turystyka, czyli bezcelowe, bezproduktywne maszerowanie przez góry to jakaś pełna abstrakcja. Przecież, jak ktoś gdzieś idzie, to chce się gdzieś dostać. Nie chodzi się po świecie nie mając żadnego konkretnego celu do zrealizowania. To nielogiczne. Można się przemieszczać do pracy, do rodziny, w celu transportu towarów, ale nie można się przecież przemieszczać ot tak sobie, bez żadnego uzasadnienia. W końcu wytłumaczyłem, że cholesterol i lekarz kazał chodzić.

Gdzieś tam, na końcu tej drogi jest wytęskniona przełęcz.
No i wreszcie jest. Z początku nieco zamglona, nieco pochmurna, ale, co za radość, z dobrym widokiem na Słowację. Opłaciło się, był kebab po Wołosku, i był widok u celu podróży. I z każdą sekundą coraz było słoneczniej. A jednak najbardziej romantyczne okazało się to pierwsze, jeszcze nieco pochmurne ujęcie.

Siodło pod Lemeszną, Sedlo pod Lemešnou , 800 m n.p.m. No nie było to samotne wejście na K2 i w annałach rekordów górskich nie zostanie to odnotowane. Z tym, że dla po części ślepego i kulejącego autora to jednak małe "k2" było. Człowiek, który pokona przełęcz jest innym człowiekiem i zawsze schodzi do innego świata, powtórzmy, zawsze, nawet gdyby tylko codziennie chodził tędy do pracy.
A'propos chodzenia, górskie przełęcze są od zawsze ulubionym miejsce do przechodzenia różnorakich oddziałów ważnych z punktu widzenia historii w wersji dla militarystów. Właściwie po co ja to napisałem? Historia normalna to historia wojen. Dopiero, gdy chcemy coś napisać o historii gospodarczej, to trzeba ten przymiotnik dodać. Lata spokojnego budowania patrząc z punktu widzenia historii są "nudne": nikt nikogo nie napadł, nikogo nie zamordowano, panie Premierze, jak żyć o czym pisać doktoraty z historii, skoro "tylko" budowano.
Tak więc w historii najnowszej przedmiotowa przełęcz zapisała się przejściem oddziałów partyzanckich ze Słowacji na Moravy, konkretnie 1 Czechosłowackiej Partyzanckiej Brygady im J.Żiżki 28.09.1944 (wg. napisów na obelisku), ale potem trzeba dodać w październiku i listopadzie 1944 potyczek z Niemcami było wiele, ponieważ tędy partyzanci uciekali po upadku Słowackiego Powstania Narodowego.
Osobną i mocno poplątaną historią będą opisy walk z okresu wojny 30-letniej. Na dodatek z punktu widzenia historiografii polskiej będzie to historia mocno rozumiana na opak. Ogólnie w wojnie 30-letniej 1618-1648 walczyli katolicy i protestanci, czyli tak naprawdę Habsburgowie z wszystkimi na około, czyli Czechami, Danią, Szwecją, Holandią i Prusami, ale to, co dla nas ważne, to ważne to, gdzie walczyli - na Moravach i Śląsku. Równie dobrze można by to było nazwać Powstaniem Śląskim przeciwko dominacji niemieckiej. I to takim autentycznym, bo jednak te bardziej znane późniejsze Powstania były w dużej mierze inspirowane przez białoczerwone ludziki przenikające granicę od wschodu. Wg. Czechów odbyło się to ich terenie, więc dla nich to jest ich powstanie narodowe, dzięki zresztą czemu ktoś to opisuje i historii nie napisali wyłącznie zwycięzcy. Ewentualne zwycięstwo w tych walkach zmieniłoby mapę Europy, ponieważ mogłoby powstać jakieś federacyjne państwo słowiańskie łączące Łużyce, Czechy, Moravy i Śląsk, być może z równoważnością języków składowych, jak w Belgii. Te ostatnie filozofie to już trochę na podstawie opracowań pana Dariusza Jerczyńskiego.
Na ziemi Śląskiej w tych walkach uczestniczyli np. Włosi, Hiszpanie, Niemcy, Waloni i... Polacy stojący w tym przypadku wyjątkowo po ich stronie, i całe to międzynarodowe towarzystwo zbrojnie broniło "wartości zachodnich tamtych czasów" zabawiając się wyrzynaniem Ślązaków. Kto nieco bardziej refleksyjnie śledzi historię ten na pewno odnotował w pamięci, że nie zawsze Polacy to byli ci dobrzy, wyłącznie pokrzywdzeni. Tzw. Lisowczycy są w krajach zachodnich bezspornie uznawani za zbrodniarzy wojennych, no a gdzie te zbrodnie popełniali - no na obcej im, na pewno nie należącej wówczas do Polski ziemi, czyli na Śląsku.
No i właśnie pod koniec roku 1621 główne siły Jana Jerzego von Hohenzollerna, składające się ze Ślązaków, Moravian i Czechów, przez Valašské Meziříčí (Międzyrzecze Wołoskie) i Vsetin wkroczyły na Górne Węgry (dzisiejszą Słowację), następnie przez Trenčín dotarły do Trnavy, gdzie połączyły się z powstańcami siedmiogrodzkimi księcia Bethlena Gabora. (Ponownie cytujemy za Dariuszem Jerczyńskim, Historia Narodu Śląskiego 2003). Niech was nie zmyli ten "Hohenzollern", to był ślązak z Karniowa, jest to strona powstańcza w stosunku do kontrreformacji. Groźba połączenia się dwóch wyżej wymienionych ruchów powstańczych zmobilizowała ostatecznie siły broniące starego porządku do pokonania rewolty. Ogólnie wojna trzydziestoletnia przyniosła Śląskowi straty 25 % ludności, 36 miast, 1095 wsi i 113 zamków, więc powtórzenie szlaku powstańczego sprzed 405 lat warte jest odrobiny reflekcji.

Z przełęczy na dół niewątpliwie łatwiej, choć, jak wiadomo nogi bolą mocniej, a ze względu na przyplątane przypadłości to zejście to już dla autora tortura, słuchajcie, oni pisanki na drzewach wieszają (krótko po Wielkanocy było).

Jeszcze po drodze cukiernia, zasłużone słodkości płatne w Euro i jest. Jest stacyjka w Makovie. I jest ta złota godzina.

To jest ta godzina, kiedy trasa na pewno zrobiona, kiedy wiadomo, że zdążyło się na pociąg, ale stacyjka jeszcze jest pusta. Można powłóczyć się po podkładach lub dojeść resztki, lub przewietrzyć buty, lub w ogóle zrobić wszystko, co się robi, gdy nagle podarowano ci czas. Po wykonaniu wszystkich czynności j.w. jeszcze zachciało się autorowi poczytać wyblakłe komunikaty na nieczynnej kasie. A tam pisze po Słowacku, że konduktora nie ma, bilety masz sobie kupić sms-em, ale jakby co, konduktor może się odnaleźć i jednak skontrolować.
Sprawa niby prosta, jak już napisano człek nie ułomek i mniej więcej wie, jak komputer działa, tylko zaraz, zaraz, prosta końcówka typu 222 222 (dokładnie nie pamiętam, ile dwójek) jest prosta, pod warunkiem, że masz komórkę ze Słowacji. Jeśliś jednak obcokrajowiec, to przecież ci potrzebny cały prefix na Słowację i te wszystkie 900 000 900, czy jakoś tak. No i się zaczęło. Coraz więcej cyferek do wklepania w przeklętą komórkę w południowym słońcu Słowacji. Bestia wreszcie powiadomiła, że na kolejnej stronie internetowej mogę sobie potwierdzić link i... wklepać numer karty kredytowej, co ostatecznie już wymagało rozpakowania plecaka i odnalezienia okularów. I w ten sposób zamiast czasu na sesję zdjęciową dla triumfalnie wjeżdżającego na stację vlaczka wyszło, że się ledwo zdążyło.

Jeśli więc jednak zdjęcie vlaczka prezentujemy, to było to okupione ryzykiem wsiadania z rozpiętym plecakiem i ręcami zajętymi wszystkim, tylko nie wsiadaniem do vlaczka. Ale jeszcze przed nami radość. Trasa piesza zrobiona, teraz leniwe siedzenie, ale w lokalnym pociągu w górach na odkrywczej (dla autora) trasie. Dla lokalsów oczywiście ta trasa nie była egzotyczna, tylko to codzienna danina czasu na podróż kolejką trzęsącą się na starych torach była. Rutyna. Chyba wszyscy mieli miesięczne. Bo jakoś nikt z wsiadających Cyganów nie dłubał gorączkowo w telefonie w celu nabycia biletów. Naprawdę umuzykalnieni ludzie. Takich ludzi zawsze poznać, zawsze coś podśpiewują.
Jeszcze tylko bieg między jakimiś opłotkami z peronu Makovskiego na perony perony w Czadcy, jeszcze tylko 3 z 11 wymaganych na tej trasie pociągów, jeszcze tylko sakramenckie spóźnienia w Polsce i już. W domu. Co zapamiętamy? Że szczyty człowiek zdobywa dla ambicji i pewnie pychy. Przełęcze pokonujemy, żeby się dostać do ludzi. Przemilczymy wypomniane wyżej wątki militarne, mimo, że tych bojów o przełęcze w historii powszechnej wiele było. Ustalamy, że przełęcze pokonujemy, żeby do innych dołączyć. W górach przełęcze łączą, jak na nizinach mosty nad rzekami. Łączą. Wyprawę z 16 kwietnia 2025 opisano 9 luty 2026 Grzegorz Kwiecień